Pamiętam, jak byłam młodsza i rozmawiałam z koleżankami jak powinny wyglądać zaręczyny. Każda z nas marzyła o romantycznym i niezapomnianym przeżyciu...
Wtedy nie miałam pojęcia, że to właśnie Paweł będzie tym wybranym i że zaręczyny będę miała prawie "na końcu świata".
Po studiach zdecydowaliśmy się z Pawłem wyjechać do USA. Powodów było kilka, przede wszystkim: zdobycie doświadczenia, podszlifowanie języka i oczywiście $$$. Pracowaliśmy naprawdę dużo i po kilku miesiącach potrzebowaliśmy wakacji. Była zima i początkowo chcieliśmy jechać na narty niedaleko od naszego miejsca zamieszkania, ale przez przypadek Paweł poznał parę, która była zachwycona Hawajami (jeździli tam co najmniej 2 razy w roku i uważali to miejsce za raj na ziemi). Paweł nie musiał mnie długo namawiać – byłam zachwycona możliwością spędzenia zimowych dni na plażach hawajskich wysp. Wcześniej przez myśl mi nie przeszło, że kiedykolwiek będę w Honolulu, a tu taka niespodzianka.
Wakacje na Hawajach to był strzał w dziesiątkę: słoneczko, bajeczne plaże, piękne krajobrazy i to wszystko w środku zimy. Tydzień minął niespostrzeżenie. Zbliżał się ostatni wieczór, postanowiliśmy pójść na pożegnalny spacer. Nie było to nic nadzwyczajnego, ponieważ codziennie wieczorem gdzieś wychodziliśmy. Jedynie co mnie zdziwiło to fakt, że Paweł ubrał koszulę (zawsze był w t-shircie) i wyglądał naprawdę elegancko. Po drodze kupił mi różyczkę, którą zresztą mam do dziś. Następnie poszliśmy na plażę, gdzie były romantyczne knajpki z muzyką na żywo. Paweł zaprosił mnie na drinka. Był naprawdę przepiękny wieczór. Widok na ocean i ta hawajska muzyka – naprawdę raj na ziemi. I właśnie tam Paweł klęknął przede mną, wyciągnął pierścionek i zapytał, czy chce być jego żoną. Nie wahałam się ani chwili - już od dawna byłam pewna, że to właśnie Paweł jest tym jedynym i że to właśnie z nim chcę spędzić resztę życia.
Na koniec dodam, że było to dokładnie w Walentynki 2005 (czasu polskiego), a na Hawajach był jeszcze 13 luty. Dziwny zbieg dat (dzień zakochanych i pechowa 13) – daje dużo do myślenia... :-)
Musicie sami przyznać, że mój mężuś się postarał...